|
Prasa o mnie
SZAMANKA
Czy zwykła blondynka o jasnych oczach może być aż tak niezwykła, by nazwać ją szamanką? Czy szamani jeszcze w ogóle istnieją? Wątpliwe by mogli wytrzymać w takich czasach... Jeśliby jednak jacyś przetrwali, czekałby ich pewnie los gdzieś na krawędzi, tego uważamy za „normalne”. Mimo to, działaliby w miastach, wśród ludzi. Leczyli by nas z kompleksów, z chorych przekonań, z wybujałości ego, ze stresu i urojonych obaw. Przypominaliby nam o tajemnicach świata roślin i zwierząt, o naturalnym rytmie życia. Uzdrawialiby nas pewnie żywiołami naszych własnych sił, o których istnieniu już dawno zapomnieliśmy. A my - w dziecięcej niewinności - myślelibyśmy pewnie, że to wszystko bajka...
Do Olgi przyszłam zimą tego roku. Przyszłam, albo raczej „przyfrunęłam”. Z głową pełną równie pięknych pomysłów, jak i mrocznych wątpliwości. „Prawie w ogóle nie ma ciebie w ciele...,” zauważyła. I rzeczywiście - coś w tym było, bo czułam, że ledwie stąpam po ziemi. „Czego chcesz?” - zapytała mnie wtedy. A to pytanie otworzyło mnie przed nią jak „puszkę Pandory”...
Potęga tej kobiety mnie fascynowała i przerażała jednocześnie. Miałam uczucie, jakby widziała mnie na wskroś - moje motywacje, intencje, myśli oraz wewnętrzne blokady na drodze ku realizacji marzeń. „Boli mnie kark,” zwróciłam jej uwagę. „Coś się wydarzyło w twoim życiu, kiedy miałaś 5-6 lat... Jaka była relacja pomiędzy twoją babcią i matką?,” zapytała. ‘Czyżby ona widziała też moich krewnych?!,’ pomyślałam zdumiona. „Wzięłaś ten problem na siebie. Przypomnij sobie, co to było?”Aha! Rzeczywiście... Ale to bardzo osobista, rodzinna historia. Babka Regina nie pozwoliła się mojej matce Janinie kształcić w mieście, a ja zawsze miałam o to do niej pretensje, że teraz mam mamę, która ledwie umie czytać i pisać. Czułam się przez nią niezrozumiana. Oczywiście, jako dziecku, nie przeszkadzało mi to wcale. Dopiero, kiedy miałam 5-6 lat i zaczęłam porównywać się z innymi dziećmi w szkole, zdałam sobie sprawę, że mam ‘nienormalną’ mamę... „To była moja motywacja. Dlatego postanowiłam za wszelką cenę się kształcić. Dziś mam podwójny dyplom magisterski,” wyjaśniłam znachorce. „Dobrze postąpiłaś. Teraz wiedz, że babcia chciała, żeby mama była blisko ziemi, żeby nie straciła kontaktu z naturą. Dlatego kazała jej pozostać na wsi. Bądź jej wdzięczna.” W ciele poczułam ulgę po lewej stronie szyi... „Udasz się na wieś, gdzie mama się wychowała. To ci dobrze zrobi.”
Pojechałam. Jak tylko wysiadłam z autobusu i moje stopy stanęły na tej podkrakowskiej wsi, w duszy usłyszałam głos: „Witaj! Dobrze, że wróciłaś. Ty należysz tutaj...” Spojrzałam w kierunku domu i jakbym widziała moją babkę siedzącą na ławce. „Ewunia przyjechała!,” ucieszyła się. „Ewuniu, jak ty urosłaś!!!” W kuchni ten sam swojski zapach, który pamiętam, gdy odwiedzałam ją z mamą jako dziecko. I tak jakby babcia krzątała się nadal po domu, jak dawniej. Tak jakby jej kot łasił się do nóg i jakby znowu zgrzypiał taboret.
Zdziwili się krewni, którzy mieszkają w tym odnowionym już dzisiaj domu, z obowiazkowa anteną satelitarną na dachu. „Przyjechała ciotka z Warszawy. Chodzi po lasach i łąkach...,” żartowali. Spędziłam tam zaledwie dwa dni, lecz była to ‘pielgrzymka’. Okazja by pomodlić się w tym samym pokoju, gdzie babcia urodziła swoją córkę a moją matkę, i gdzie zamknęła po raz ostatni swoje oczy. Okazja by chodząc tymi samymi ścieżkami, ‘skontaktować się’ z kobiecymi przodkami w mojej rodzinie - by w wietrze, który niegdyś czesał ich włosy a teraz czesze moje, usłyszeć jakie są ze mnie dumne, że jestem piękna, że spełniam swoje życie; by im pobłogosławić i przyjąć od nich obietnicę, że na zawsze będą źródłem mojej siły.
Podróż ta pozwoliła mi odnaleźć i zaakceptować w sobie korzenie, z których pochodzę, żeby potem zapuścić nowe w oparciu o doświadczenie moich własnych dróg. O dziwo. Ból w karku może już odejść... W jego miejsce pojawia się jedno słowo: „Dziękuję.” Zrozumiałam, że gdybym miała inną babcię, miałabym też inną mamę i ja nie byłabym dziś tym kim jestem. „Dziękuję... Dziękuję... Dziękuję...”
MEDYCYNA WDZIĘCZNOŚCI
„Dziękuję” jest często na ustach Olgi Milajewej. Na jej słonecznej wizytówce czytam: „Terapia Duszy i Ciała”, choć dla mnie to „Terapia-Dziękuję”. Uzdrowicielka pochodzi z Ukrainy, choć wielu mówi: „Ola jest od Boga.” Silna, energiczna, nowoczesna. Ma jakieś 46 lat, lecz - jak powiada - „czasu nie czuje”. „Przeszłości przecież już nie ma, a przyszłości jeszcze nie,” powiada. Dla niej najważniejsze jest „tu i teraz”.
Kiedyś była przeciętnym człowiekiem. Skończyła szkołę pielęgniarską. Na uniwersytecie studiowała historię i psychologię. „W dzień funkcjonowałam w zmartwieniach,” dziś wspomina. „W nocy dawałam sobie czas na podróż duszy we śnie, na marzenia i szczęście. Aż nagle wszystko się odmieniło.”
Jak większość uzdrowicieli, by móc poprowadzić innych, najpierw musiała uzdrowić siebie. Miała 33 lata, kiedy u jej maleńkiego synka Dimitra wykryto ciężką chorobę - zapalenie kłębków nerkowych. Wiedziała czym to grozi - już wcześniej straciła dwoje dzieci. Umarły na jej rękach w wieku niemowlęcym. Trzeciego nie chciała stracić. Lekarze walczyli z chorobą przez 6 miesięcy, od 3 m-cy mały nie wstawał z łóżka. Aż w końcu medycyna zawiodła - ciało przestało przyjmować płyny i chemię. „Przykro nam. Wszystko w rękach Boga,” oświadczyli lekarze. „My zrobiliśmy, co mogliśmy...”. „Byłam załamana,” pamięta Milajewa. „Idąc za radą lekarzy, ‘oddałam to Bogu’... I wtedy we śnie ukazał mi się obraz „Jezu, ufam Tobie,” zanim go jeszcze widziałam. Usłyszałam głos: ‘Zaufaj. Uratuję dziecko. Uratuję Ciebie. I będziesz pomagać innym.’ Zrozumiałam, że nie warto zajmować się martwą materią. Trzeba pochwycić ducha życia.” Wewnętrzny głos mówił jej co robić i gdzie iść.
„Kilka dni później miałam kolejny sen. Jezus, pokazał mi Swą lewą dłoń, a na niej obraz kobiety: ‘Jedź do niej.’ Nie miałam pojęcia jak ją znaleźć. Tego samego dnia z kiosku kupiłam gazetę, a z środku było jej zdjęcie. Telefon do redakcji i do dziennikarza, który dał adres. Była to znana uzdrowicielka. Na wsi, gdzie przyjmowała pacjentów, wyczekiwał tłum na drodze, aż do samej furtki jej domu. O dziwo, ona na mnie czekała. Wpuszczono mnie bez kolejki.”
Jak twierdzi, w domu tej znachorki nastąpiła jej transformacja: „Wcześniej we śnie otrzymałam ostrzeżenie: ‘Przez osiem godzin - od 10. do 18., będziesz myślała, że umierasz, lecz nie bój się tego. Będziesz żyła. Dzieckiem się zaopiekują.” Milajewa wspomina, ze rzeczywiście przez osiem godzin przechodziła stany, które bliskie były śmierci. - torsje, utrata przytomności, dreszcze. Jednocześnie fizycznym objawom towarzyszyły wizje: „Widziałam korytarze, drzwi, które się same przede mną otwierały - dziwne komnaty, najpierw ciemne, szare. Potem stopniowo coraz więcej światła - jakby wychodziłam z piekieł. Zza drzwi dobiegała muzyka i blask.” Organizm oczyścił się z toksyn; w ciągu 24 godzin, straciła 7 kilo wagi. „Odeszły wszystkie zmartwienia, wszystko, co blokowało czucie prawdy”.
„Po ośmiu godzinach, kiedy wizje się skończyły, wstałam, jak gdyby nic się nie stało”, wyznaje. „Lecz życie nigdy nie było już takie same... Tak jakbym zmieniła swoją częstotliwość. Wyszłam i moje ciało zaczęło patrzeć na ludzi, którzy przyszli tam po uzdrowienie. Zaczęłam mówić do nich o przyczynach ich chorób. Mówiłam i ludzie wybuchali płaczem, mieli konwulsje. Bałam się mówić, o tym co nagle zobaczyłam, ale dla innych to było wielkie oczyszczenie.”
Naturalnie, pierwszą reakcją był strach. „Bałam się, że zwariowałam”, mówi szczerze. „Moje ego bało się osądu, odrzucenia, niezrozumienia ze strony ludzi. Sporo czasu straciłam na to, by jakoś sobie to racjonalnie wytłumaczyć. Teraz już wiem, że nie ma sensu. Logiczne ego po prostu nie ma odpowiednich ‘narzędzi’, by to pojąć”.
PEWNOŚĆ
Na początku notowała niezwykłe uzdrowienia, które dokonały się za jej pośrednictwem. Potem spaliła to wszystko, bo - jak powiada - to nie jej zasługa. „Prawdziwa wiedza nie jest zapisana. Ona jest nam dana,” oświadcza znachorka. „Nie tracę już energii na to, żebym została zrozumiana. Mówię, a wiem, że słowa jak klucz otwierają drzwi w duszy człowieka. Czasami jedno słowo wystarczy”.
Nabrała pewności dopiero wtedy, kiedy przyszła do niej pewna kobieta, która od urodzenia funkcjonowała bez jednej nerki. „Jedna nerka się nie rozwinęła, a drugą miała chorą. Ona też miała sen - tak jak ja wcześniej. Znalazła moje zdjęcie w gazecie i przyszła do mnie,” wspomina owo spotkanie. Pomyślałam: ‘Coż ja tu mogę zrobić, Boże?’ W duszy usłyszałam odpowiedź: ‘Ja zrobię... Ty tylko rób, co do ciebie należy’.” Po półtora miesiąca kobieta przyszła o własnych siłach do kliniki, w której się wcześniej latami leczyła. Lekarze patrzyli na nią jak na widmo. Badania wykazały nowy organ o rozmiarach 3,5-6,5 cm, w miejscu brakującej nerki. „Przysłała mi wówczas telegram: ‘Możemy sobie pogratulować!’. To przekonało mnie ostatecznie, że działa przeze mnie uzdrawiająca siła,” przyznaje Milajewa.
PIERWSZA WIZYTA
Dziś mówi o swoim synu, że był jej ‘Przewodnikiem’. „Kiedy zawiodła konwencjonalna medycyna, zaczęłam poszukiwać innych sposobów - nauczyłam się dużo o ziołach, o pracy z energią. I tak droga do uzdrowienia Dimitra, była jednocześnie moją drogą do uzdrawiania innych. Dziś widać efekty: zdrowe dziecko, a ja - jestem uzdrowicielem.”
Kiedyś uzdrawiała przez masaż, nałożenie rąk. Było to męczące, bo - jak tłumaczy - „brała na siebie problemy innych”. Obecnie Milajewa leczy już tylko słowem. Otwiera ludzi na przyczyny choroby.. „Kiedy człowiek uświadomi sobie przyczynę, sam otwiera się na swoje samo-uzdrowienie,” wyjaśnia. „Ludzie przychodzą często by zobaczyć kim jestem, co takiego potrafię,” śmieje się, „a zapominają o tym, czego sami chcą dla siebie. Uczę więc ich nurkować - we własne ciało, we własną duszę.”
Na pierwszej wizycie jest tajemnicza. Robi wrażenie, jakby ignorowała pacjenta. „Celowo odwracam się plecami, bądź stoję bokiem. Piję herbatę. Patrzę w okno,” tłumaczy. „Staram się wtedy wyczuć energię, z którą pacjent przychodzi do mnie. Jestem osobą czującą. Ja czuję, nie widzę. I często od razu strzelam w sedno. Często się zdarza, że ten człowiek już zrobił co miał zrobić, ale jeszcze tego nie zaakceptował.”
Na początku pyta: „Czego chcesz? Co cię do mnie sprowadza?” Rzadko kiedy jednak pacjent, wie czego naprawdę chce, a jeszcze rzadziej zdaje sobie sprawę z tego, co mogłoby go blokować na drodze do celu, na drodze do zdrowia. „By wyrwać chwasty, trzeba znaleźć korzenie problemu. Stare schematy przekonań, które ciągną się czasami od pokoleń. Ciało o tym wszystkim pamięta i cierpi, by nam o tym przypomnieć, by zwrócić naszą uwagę na coś bardzo ważnego”. Uzdrowicielka twierdzi: „Słyszę, jak mówią do mnie komórki ciała tego człowieka. Mówię na głos, to co mówi do mnie jego dusza. Jest to wtedy podane jak na tacy. Pomagam w odprowadzeniu starych energii, tak by ten człowiek mógł kreować swoje życie tak jak chce...”
„W obecnych czasach duchowość mylona jest z inteligencją,” powiada. „Ego pilnuje. Czuwa. Podczas, gdy chodzi o to by otworzyć się na mistrzostwo serca - na ducha, który jest w ciele tu i teraz. ‘Pochodzę z takiej rodziny, miałem takich a nie innych rodziców, po to by odnaleźć siebie w sobie i zrealizować w swoim życiu’. Wszystko nas czegoś uczy - nawet te „złe rzeczy.” Od pokoleń powtarzamy błędy rodziców - po to, żeby ktoś wreszcie przestał je powtarzać.”
PRZEZ TELEFON
Celem terapii Olgi Milajewej jest „nauczyć się być sobą ze sobą”. „Dobrze jest przyjrzeć się sobie”, wyjaśnia. „Co czujesz w ciele? Smutek...? Poszukujesz energii wdzięczności innych osób. Podziękuj. Powiedz: ‘Dziękuję’. Możesz wziąć, tylko to co dajesz. Możesz dać tylko to co bierzesz.”
Jej przyjaciele twierdzą, że uzdrawia nawet przez telefon. Dzwonią więc do niej z Australii i z USA. Powiadają, że wyczuwa ich stan na odległość, że przesyła im uzdrawiającą energię. „Kiedy nadajesz na tych samych wibracjach, myśl jest jak dotyk. Tylko ego potrzebuje mieć świadomość fizycznej bliskości.” Tak nastąpiło uzdrowienie pewnej kobiety, która od 3 lat leczyła się na gruźlicę. Od roku przebywała w szpitalu. „Pracowałyśmy przez telefon... Po 7 sesjach stwierdzono w badaniach tylko blizny.
„Czas ofiary się skończył,” tłumaczy Olga. „Minął czas, kiedy byliśmy nastrojeni na cierpienie, strach i wątpliwości. Dosyć użalania się nad sobą, Teraz jest czas by nastroić się na szczęście, na radość, na piękno. Dusza człowieka jest jak antena satelitarna. Odbiera, to na co się nastawi.”
SZAMAŃSKIE WARSZTATY
Świecznik siedmioramienny na stole i obrazek „Jezu ufam Tobie”. Cisza, choć w pomieszczeniu ponad trzydzieści osób. Siedzą na materacach i kocach, które przynieśli z domu. Są przyjaciółmi oraz pacjentami Olgi. Zwyczajni. Pracują w firmach, szkołach, szpitalach; w agencjach reklamowych, w mediach. Na co dzień w stresie, lecz teraz rozluźnieni. Jest przestrzeń dla każdego by mógł być sobą. Atmosfera sacrum. Nikt tutaj w to nie wątpi. Trwają warsztaty z Olą...
Milajewa energicznie chodzi po środku, niemal tańczy, mocno stąpając po podłodze. Jest w niej dużo serca, radości, a nawet można by rzec dzikości. Rozmawia z poszczególnymi osobami. Patrzy, tak jakby widziała ich aurę. Mówi o tym, co sprawia, że nie mają przyjaznego kontaktu ze sobą. „Jak się czujecie?,” pyta zgromadzonych. „Czy jesteście w swoim ciele? Czy cieszycie się, że jesteście? To cud! Bądźcie wdzięczni! Przeciągnijcie swoje ciało, poczujcie każdą kosteczkę. Chwyćcie swoje stopy jak dzieciątko w łóżeczku. Przywitajcie się z nimi. ‘Moje ciało...’ - powiedzcie. ‘Tyle razy cię kąpałam, smarowałam kremami, malowałam... Tak o ciebie dbałam, a prawie zapomniałam, że jesteś!”
Siada przed młodą dziewczyną i mówi jej prosto w oczy: „Już nikt ci nie będzie nakazywał, co masz robić.” Ona siedząc po turecku; spontanicznie prostuje się i otwiera dłonie. „Jak się czujesz w ciele? Co czujesz w miednicy?,” pyta znachorka. „Właśnie tu mnie bolało, ale teraz tak poszło w górę po kręgosłupie,” odpowiada pacjentka. „Twoja matka miała cesarskie cięcie, kiedy cię rodziła...,” Olga oświadcza i pokazuje jej ćwiczenie fizyczne, które ma za zadanie uwolnić owo napięcie. Na jej polecenie, wykonuje je cała grupa.
„Jak masz na imię?,” pyta nagle osoby pod oknem. ”Iwona...,” odpowiada nieśmiało. „Iwona...? Naprawdę Iwona?!!,” patrzy na nią z uwagą. „Nie bój się zaczynać! Nie bój się zaczynać!” Odwraca się nagle do mężczyzny z tyłu: „Janusz, nie bój się zaczynać!!!” Widać poruszenie wśród odbiorców. Widać, że dla nich to coś znaczy.
Pochyla się nade mną... I w tej chwili czuję jakby stała za mną jakaś potężna, świetlista istota. To miłe, bo ostatnio w wypadku uszkodziłam kolano i czuję się osłabiona. „Potrzebujesz wsparcia?,” woła na głos szamanka. „Spójrz Ziemia cię wspiera pod twoimi stopami!” Przyjmuję to z wdzięcznością tu i teraz, całym ciałem. Czuję jak „słyszy” to również i moje kolano, choć logiczny umysł krzyczy, że to całkowicie nieprawdopobne. Złotą odpowiedź podszeptuje sam Mistrz Mickiewicz: „Miej serce i patrzaj w serce.”
Tekst: Ewa Ramparte
Rodzą się dzieci
Teletydzień (19 XII 2003)
Olga Milajewa leczy depresje i załamania nerwowe, ciężkie choroby fizyczne. Wyjątkowe rezultaty odnosi w przypadku zaburzeń hormonalnych i bezpłodności.
Dorota i Robert W. od lat starali się o dziecko. Pani Dorota miała zaburzenia hormonalne, przy których - według lekarzy - nie sposób zajść w ciążę, u męża stwierdzono za mało aktywnych plemników. Dzięki terapii Olgi Milajewej z warszawskiej przychodni Komed, dziś mają córeczkę. — Nie wiem, jak to się dzieje. Łatwiej mi jest uzdrawiać, niż to opisywać - mówi. W Warszawie pracuje od siedmiu lat Pochodzi z Ukrainy. — Dzięki niej uniknęłam operacji guza jajnika - twierdzi Małgorzata W.
Czasami niepotrzebna jest też fizyczna obecność pacjenta. Olga Milajewa skutecznie uzdrawia na odległość, przez telefon i za pomocą zdjęcia. U Krzysztofa P., lat 63, który mieszka w Nowym Jorku, wykryto raka prostaty z przerzutami. - Przyniosłam zdjęcie męża - tłumaczy pani Dorota P. - Olga o określonej godzinie przesyłała mu uzdrawiającą energię. Potem w warszawskiej klinice zrobiono mu rezonans całego ciała. Nowotworu nie znaleziono. Terapia Olgi Milajewej jest zupełnie nietypowa i bardzo indywidualna. Sięga ona do źródła kłopotów. Czasami przyczyna leży w życiu danej osoby, a bywa, że są to sprawy, które ciągną się od pokoleń. Tak w przypadku Andrzeja K. Badania wykazały bezpłodność. Podczas wizyty Milajewa poczuła dym. Okazało się, że trzy pokolenia wstecz spłonęła w pożarze prawie cała rodzina. Pani Joanna L. bezskutecznie odejmowała próby zapłodnienia in vitro. Po czterech wizytach u Milajewej poczęła dziecko. Przyczyn należało szukać w tragicznych przeżyciach jej matki, na której przeprowadzano doświadczenia medyczne w obozie koncentracyjnym. Joanna bała się, że jej dziecko urodzi się upośledzone. Na ogół nie zdajemy sobie sprawy z owych blokad ani z tego, w jaki sposób one powstają. — Jestem kanałem, który usuwa pamięć cierpienia z komórek ciała. Energia uzdrowienia nastraja nasze wibracje na życie, a to, co przeszkadza, po prostu odchodzi — mówi Olga Milajewa.
Ewa Ramparte
Poproś anioła o dziecko
(Czwarty Wymiar 2 II 2004)
‘Dziecko’ - pragnienie tak wielu domów, w których stwierdzono niepłodność. Matka Ziemia zna jednak swoje sposoby. Gdzie medycyna jest bezsilna, tam z człowiek potrafi obudzić w sobie ducha życia. A kiedy już raz jest przebudzony, nie daje tobie usnąć. Emanuje i przebudza innych - rodzi się kreatywność; na świat przychodzą dzieci...
Państwo Dorota i Robert Wiśliccy z Warszawy od lat starali się o dziecko. Pani Dorota miała zaburzenia hormonalne przy których - według lekarzy - nie sposób było zajść w ciążę; u męża stwierdzono za mało aktywnych plemników. Rozpoczęli pracę nad sobą. Otworzyli się na duchową terapię Olgi Milajewej i dziś mają córeczkę.
Joanna Lipczyn, 40 lat, z Warszawy, bezskutecznie podejmowała próby zapłodnienia invitro. Po czterech wizytach u Milajewej poczęła dziecko. Powodem bezpłodności - jak tłumaczy uzdrowicielka - były tragiczne przeżyciach jej matki, na której przeprowadzano doświadczenia medyczne w obozie koncentracyjnym. Jako córka Joanna bała się, że jej dziecko urodzi się upośledzone.
„W ten sposób narodziło się już tyle dzieci, że można by założyć żłobek,” powiada Maja Błaszczyszyn, szefowa warszawskiej Przychodni Medycyny Naturalnej ‘KOMED,’ gdzie przyjmuje terapeutka. Milajewa mówi z uśmiechem, że nie wie jak to się dzieje. „Mi jest łatwiej uzdrawiać, niż to opisywać,” tłumaczy wzruszając ramionami.
Jest terapeutą duszy i ciała. Leczy zarówno depresje i załamania nerwowe, jak i ciężkie przypadki chorób fizycznych. Wyjątkowe rezultaty odnosi w usuwaniu zaburzeń hormonalnych i bezpłodności, czyli - jak powiada - „udrażnia drogę innym duszom by przyszły na świat.” W Warszawie pracuje od 8 lat. Pochodzi z Ukrainy, choć, ci którym pomogła, powiadają: „Olga nie jest z Ukrainy. Olga jest od Boga.”
Pamięć przodków
Spotkanie ze znachorką wygląda jak rozmowa. Wydaje się, że nic się nie dzieje, a jednak wiele ulega zmianie. Według Maji Błaszczyszyn, terapia Olgi Milajewej jest zupełnie nietypowa i bardzo indywidualna: „Sięga do źródła kłopotów jakie ma człowiek i stara się tam zrobić porządek. Czasami przyczyna leży w życiu danej osoby, a czasami są to sprawy, które ciągną się od pokoleń.”
Tak było w przypadku Andrzeja (nazwisko znane redakcji). Przystojny mężczyzna w wieku 32 lat, wysportowany. Jednak, badania lekarskie wykazały bezpłodność. Podczas jego wizyty, Milajewa poczuła dym. Jakże był zdumiony, kiedy zapytała wprost: „Czy ktoś z rodziny zginął w pożarze?” Okazało się, że trzy pokolenia wstecz, spłonęła prawie cała rodzina.
„Odbieram informacje z całego ciała. Jakby do mnie mówiło o cierpieniu jakie pamięta,” wyjaśnia znachorka. „Każdy człowiek ma za sobą pamięć przeżyć trzech-czterech pokoleń przodków. Jest ona w naszym DNA - w pamięci komórek naszego ciała. Tkwi tam w postaci energii. Domaga się uwolnienia przez zrozumienie. Kiedy odpuścimy owe stare, negatywne wzorce myślenia i działania, otwieramy się na życie, na spełnienie i samo-realizację.” Jak twierdzi Milajewa, głównym problemem w przypadku bezpłodności jest niezrealizowanie jakiegoś pomysłu na pewnym etapie życia. Energia wówczas została zablokowana i teraz, gdy jej potrzebujemy, nie dociera do nas w pełni. W leczeniu należy wrócić do tego pierwszego momentu, kiedy to się zdarzyło - być może w naszym dzieciństwie, lub w pamięci naszych przodków - i usunąć blokady z podświadomości, tak delikatnie jakbyśmy usuwali drzazgę. Wówczas energia życia popłynie bez przeszkód.
Niestety, nasz umysł - nasza codzienna, ‘zabiegana’ świadomość - nie rejestruje owych blokad ani sposobu w jaki one powstają. Czasami może być to bardzo typowa sytuacja, która jednak wytworzyła wzorzec strachu. Ten z kolei stanowi przeszkodę, kiedy świadomie staramy się o dziecko. Kiedy Anna Guc była na studiach, przeżyła wielką miłość. Lękała się jednak, że zajdzie w ciążę. „Ów strach skumulował się w jej jajnikach i nie produkowały jajeczek,” oznajmia uzdrowicielka. „Wystarczyło jedynie, że sobie to uzmysłowiłam,” mówi Anna, która jest dziś szczęśliwą matką.
Synek Wandy Małeckiej z Nowego Targu ma dziś półtora roczku. Czekała na niego prawie dziesięć lat. Znachorka zapytała: „Kto z rodziny był w zakonie?” Jak się okazało, jej prababcia była zakonnicą. Opuściła jednak klasztor i założyła rodzinę. Do końca życia borykała się z poczuciem winy i osądu, jaki ją napotkał. Wanda od dziecka bała się księży i uciekała na ich widok. Nigdy nie przypuszczała jednak, że może to wpłynąć na jej zdrowie i zdolność rodzenia dzieci. „Kiedy uświadomiłam sobie przyczynę, wszystko zaczęło się układać,” dziś powiada.
Korzenie
Gdy w swoim DNA masz prababkę znachorkę, trudno od tego uciec. Olga Milajewa wzrastała wśród pradawnych rytuałów słowiańskich, ziół i modlitw - na co dzień obserwując skuteczność naturalnych sposobów kobiety-uzdrowicielki. Nie chciała jednak podążać śladami prababki. Wybrała uniwersytet i normalne życie.
Wszystko uległo zmianie, kiedy miała 33 lata. U jej maleńkiego synka wykryto ciężką chorobę - zapalenie kłębków nerkowych. Lekarze walczyli z chorobą, aż w końcu oświadczyli: „Przykro nam. Teraz już wszystko w rękach Boga.”
Załamana i zapłakana, modliła się błagając o życie syna. I - jak dziś wspomina - jednej z tych ciemnych nocy, przyśnił jej się Jezus. Usiadł na przeciwko niej i powiedział: „Zaufaj. Uratuję dziecko. Uratuję Ciebie. I będziesz pomagać innym.” Pokazał jej swą lewą dłoń, a na niej obraz kobiety: ‘Udaj się do niej.’ Tego samego dnia w kiosku kupiła gazetę, w środku znalazła jej zdjęcie. W redakcji podano adres. Była to znana uzdrowicielka.
Kiedy przyjechała do Doniecka, jej dom otaczał tłum pacjentów. Milajewa została jednak natychmiast przyjęta. Tam nastąpiła jej inicjacja - przeżyła osiem godzin intensywnych wizji, połączonych z torsjami i szybką utratą wagi. Od tamtej pory, jej percepcja uległa zmianie. Za pomocą intuicji dostrzega znacznie więcej niż widać gołym okiem; uzdrawia choroby duszy i ciała.
„Znam wiele osób, którym pomogła,” mówi Ewa Foley, dyrektor Instytutu Świadomego Życia, autorka książek i poradników rozwojowych. „Byłam świadkiem takiej sesji osobiście. Przyprowadziłam do niej moją znajomą. Kobieta była nieufna. Otworzyła się jednak i zaszła w ciążę już w następnym cyklu.”
Ewa Foley, której nowa książka „Bądź aniołem swojego życia,” właśnie ukazała się w księgarniach, od lat promuje naturalne i duchowe metody uzdrawiania: „Znam co najmniej trzy przypadki bezpłodności, w których terapia Olgi Milajewej przyniosła niespodziewane skutki. Nadziei nie było. Dzieci jednak urodziły się zdrowe i cudowne.”
Kreatywność i kobiecość
Milajewa pracuje głównie z kobietami. Nie dlatego, że tak wybiera. Jej zdaniem, „dusza nie ma płci.” To kobiety jednak są bardziej otwarte na jej mistyczne przesłanie. W Warszawie i innych miastach, prowadzi warsztaty kreacji własnego życia, pod hasłem: „Nadszedł czas by szybować.” „Podczas spotkań uczymy się zaakceptować strach, poznać jego źródło i uczestniczyć we własnej transformacji,” mówi Agnieszka Warecka, artysta grafik, która organizuje takie comiesięczne warsztaty w stolicy. „Rodzą się więc nie tylko dzieci, ale i twórcze projekty.”
Tak powstały wernisaże malarskie organizowane przez Annę Rybczyńską. Do Milajewej trafiła trzy lata temu, kiedy przechodziła małżeński kryzys; wystraszona, zestresowana i z chronicznym osłabieniem odporności organizmu. „Byłam wówczas szefem sprzedaży nieruchomości w pewnej firmie,” dziś wspomina. „Coś się we mnie obudziło. Zostawiłam pracę, która pogrążała mnie w stresie. Zaczęłam tworzyć życie, jakiego pragnę.” Wyjechała na Hawaje i poznała tam świątynny masaż LomiLomi. Jest dziś masażystką i malarką. Organizuje wernisaże w Galerii Pu Tuu, gdzie prezentowane są obrazy kilkunastu kobiet, część warsztatów nich pod wpływem warsztatów odkryły w sobie zdolności twórcze.
„Otworzyłam się na życie, na ludzi,” mówi Ewa Hannah, artysta plastyk, która wystawia swoje prace. „Przedtem nic mi nie wychodziło. Siedziałam w domu, zamknięta z dzieckiem w czterech ścianach. Nawet malowanie nie sprawiało mi radości. To było tylko po to, żeby z czegoś żyć. Byłam zawiązana, jak na supeł. Postanowiłam to zmienić.” Milajewa widocznie jakimś sposobem pomogła jej ów supeł rozwiązać, gdyż teraz Ewa Hannah tworzy. „Poczułam większą wiarę w siebie, zaczęłam przypominać sobie jaka jestem, że jest we mnie radość. Dziś odrobina wyciszenia, pozwala mi na to, że kiedy zamykam oczy widzę obrazy - mistyczne światy, które istnieją dla mnie równie realnie, jak ten w których żyjemy. Wieczorem zasypiając, nie mogę doczekać się kiedy znów będę malować.”
Anna Skrzynecka od 20 roku życia cierpiała na łuszczycowe zapalenie stawów, które powodowało stopniowe zanikanie kośćca. Jedynie leki chemiczne uśmierzały ból.. „Lekarze odradzali mi dziecko, gdyż mała mogła urodzić się chora. Jednak, urodziłam zdrową córeczkę. Kiedy zaczęłam karmić, pojawiły się ogromne bóle. RTG wykazało zanik jednej trzeciej mostka. Groził mi wózek inwalidzki. Martwiłam się, jak wychowam córeczkę. Nie miałam innego wyjścia. Musiałam zadecydować co mam z sobą zrobić. Też chciałam być zdrowa.” Kiedy trzy lata temu przyszła do Milajewej, z bólu ledwo widziała na oczy. Jej zabieg u znachorki wspomina, jak egzorcyzmy. „Czułam jakby pękał kamień - jakby skorupy odpadały z moich rąk. Nagle odzyskałam czucie w dłoniach. Mój dotyk wrócił do mnie. Pojawiła się we mnie nadzieja.”
Dzięki warsztatom kreatywności odzyskała siebie. „Odzyskałam swoją moc - moc kobiety, kapłanki ogniska domowego. Odzyskałam moc matki i zaufanie do mojego dziecka,” oznajmia. „Nie muszę być doskonała. Wystarczy, że jestem, że czuwam.”
W Annie obudziła się od dziecka tłumiona twórczość. Dziadek był artystą. Rodzice obserwując u córki rodzący się talent malarski, ostrzegali, że to nie zabezpieczy jej środków do życia. „Wiadomo było, że nie będzie ze mnie ani prawnik, ani lekarz,” powiada. „Spisano mnie więc na straty.” Bała się malować, bo nie chciała zawieść rodziców. Zrezygnowała ze swojego talentu.
„Olga kazała mi rysować. Wiedziała, że jestem zablokowana,” wspomina Anna, siedząc dziś w otoczeniu swoich obrazów. Na jej płótnach aż roi się od bajkowych postaci. Maluje jednorożce, smoki i elfy. „Ów zapomniany, mistyczny świat baśni przypomina nam o tym, co najważniejsze - o czystości serca,” powiada z uśmiechem. Od trzech lat nie bierze leków farmaceutycznych. Kiedy od czasu do odczuwa ból, stosuje naturalne sposoby - naświetlenia lampą jonową oraz kapsułki z wyciągiem imbiru. Podnosi swoje dziecko, dźwiga siatki z zakupami. Jest dumna ze swego zwycięstwa i przekonana, że nie ma sytuacji bez wyjścia: „Jeśliby mi ktoś powiedział teraz o wózku inwalidzkim, roześmiałabym się w twarz!”
Wibracje życia
„Dzięki współpracy z Olgą Milajewą, uniknęłam operacji guza jajnika,” napisała Aldona Misiak w pamiątkowej księdze przychodni ‘KOMED’. „Po dwóch wizytach okazało się, że guz całkowicie zniknął.” Krystyna Paluśkiewicz miała już ustaloną datę operacji: „Stwierdzono u mnie cztero-centymetrową cystę na lewym jajniku. Miałam być operowana. Po czterech zabiegach - cysta zniknęła. USG wykazało, że jestem zdrowa i operacja nie jest mi już potrzebna.”
„Nie zamierzam tego komentować,” mówi uzdrowicielka. „To trudne do wyjaśnienia. Jestem kanałem, który usuwa pamięć cierpienia z komórek ciała.” Wydaje się, że aby takie leczenie miało skutek, osoba musi się na to otworzyć i pożegnać swój sceptycyzm, gdyż tutaj stanowi on jedynie przeszkodę. „Kiedy jest otwarcie, kiedy jest wiara i współpraca - są rezultaty,” obiecuje Milajewa, która nie chce by pacjenci przychodzili do niej jak po pigułkę. Terapia skutkuje wtedy, kiedy w pacjencie jest uczciwość wobec samego siebie i szczera gotowość zmiany - chęć samo-uzdrowienia, gotowość na całkowitą odpowiedzialność za spełnienie siebie w życiu, a nie zrzucanie jej na innych. „Pod sceptycyzmem często kryje się brak wiary w samego siebie - w swoje własne możliwości,” ostrzega terapeutka. „My tu nie pracujemy z chorobą. Energia uzdrowienia nastraja nasze wibracje na życie, a to co przeszkadza - po prostu odchodzi,” tłumaczy Olga Milajewa.
Duchowe uzdrowienie jest niczym nowe narodziny. Kiedy Ewelina Buczyńska leżała osamotniona w szpitalu po zabiegu chemioterapii, Olga Milajewa przyszła do niej z kryształem w ręku. „Poczułam jakby anioł przyszedł,” wspomina ten moment. „Chłonęłam ową cudowną energię całą powierzchnią ciała - jak dziecko.”
Tekst: Ewa Ramparte
Z wizytą u uzdrowicielki (Tele Tydzień 19.09.2005)
Gdy chorobę wywołuje lęk
-Pamiętajmy, że sami decydujemy o swoim życiu – mówi uzdrowicielka Olga Milajewa. Jej zdaniem, źródłem choroby często bywają nasze nieuświadomione obawy, lęki i strachy.
Beata Bednarska, malarka od 20 roku życia cierpiała na łuszczycowe zapalenie stawów, które powodowało stopniowe zanikanie kośćca. Groził jej wózek inwalidzki. Leki jedynie uśmierzały ból. – Kiedy cztery lata temu przyszłam do pani Olgi, z bólu ledwo widziałam na oczy – wspomina. Zabieg u pani Olgi uświadomił mi, że bałam się rysować. Kiedy poradziłam sobie z tym lękiem, odkryłam swoje powołanie i zaczęłam żyć swoim własnym życiem, moje problemy zdrowotne zniknęły. Dziś pani Beata maluje piękne obrazy i jest dużo zdrowsza. Andrzej Sroczyński, przedsiębiorca z Warszawy, trafił do Milajewej z objawami chronicznego napięcia, bezsenności i stresu. – Kiedy zapytałam go, czy ktoś w rodzinie umarł na raka, aż podskoczył z wrażenia – wspomina uzdrowicielka. – Jako dziewięcioletni chłopczyk dowiedziałem się o śmierci bliskiej osoby. Nie zdawałem sobie sprawy, że od tej pory zawsze obawiałem się nieuleczalnej choroby – opowiada pan Andrzej. Dzięki terapii, ów stłumiony lęk z dzieciństwa został mu uświadomiony. Jako dorosły człowiek mógł już sobie z nim poradzić.
Olga Milajewa dociera do źródła problemów, które powstały w życiu chorego, a nawet sięgają głębiej, w dzieje jego przodków.
Aby nastąpiło uzdrowienie, niekonieczna jest fizyczna obecność pacjenta. Olga Milajewa, jak twierdzą ci, co zawdzięczają jej powrót do zdrowia, równie skutecznie uzdrawia na odległość – przez telefon lub nawet za pomocą zdjęcia.
Maciej Kostek, Polak mieszkający na stale w Mediolanie, poprosił o pomoc. Lekarze stwierdzili u niego nowotwór w stopniu zaawansowanym. Kiedy jego przyjaciółka udała się do Olgi ze zdjęciem chorego, bioterapeutka zapytała o obóz koncentracyjny. – On urodził się w Obozie – padła odpowiedź. Nieuświadomiony lęk tamtych przeżyć, których przecież nie pamiętał powodował chorobę. Po dziesięciu dniach nowe badania we włoskiej klinice stwierdziły, że pan Maciej raka nie ma i może udać się do domu.
Wiele zależy od pacjenta – od jego podejścia do siebie i do życia. Twierdzi Olga Milajewa, której tradycje znachorskie sięgają już kilku pokoleń na Ukrainie. – Jako uzdrowiciel mogę ci jedynie pomóc. Ostatecznie to ty decydujesz, co zasilasz – swój lęk czy wolę życia.
Nie bójmy się mówić o swoich uczuciach, aby je sobie uświadomić. Bierna postawa człowieka, który liczy na cud, nie wróży tu nic dobrego. – Musisz spotkać się ze swoim lękiem, z miłością i wdzięcznością uwolnić pamięć bolesnych wydarzeń. Jesteś uzdrowicielem samego siebie – radzi nam wszystkim pani Olga.
|